Szczęście ma dla mnie barwę henny, którą na mojej dłoni tradycyjny wzór maluje młoda dziewczyna o pakistańskich korzeniach.
Szczęście ma dla mnie twarz pięciolatka, który wyłowiwszy mnie z tłumu, rzuca mi się na szyję z radosnym okrzykiem: „Ciociu, popatrz, jak ja uduszam z miłości!”
Szczęście ma dla mnie temperaturę ciała śpiącego Ph., który swoim ciepłem ogrzewa moje sny.
Szczęście ma dla mnie dotyk trawy, po której biegam i tańczę boso w parku.
Szczęście ma dla mnie dźwięk strzelających w ogniu polan drewna, słyszalnych mimo dziarskiego śpiewu przy akompaniamencie gitary.
Szczęście ma dla mnie zapach soli morskiej w wilgotnym powietrzu, którym silny wiatr wypełnia brukowane uliczki miasta.
Szczęście ma dla mnie kształt okręgu, który tworzą moi przyjaciele wokół zgromadzonych na podłodze pyszności, czekając na zachód słońca, by zasiąść do iftar.
Szczęście ma dla mnie smak przypraw korzennych w grzanym winie i herbacie, bez których nie obędą się spotkania w deszczowe wieczory, pełne rozmów o najważniejszych sprawach tego świata.
W trzeciej części filmu „Niekończąca się opowieść” pamięć Bastiana, głównego bohatera, przybiera formę szklanej misy wypełnionej po brzegi kryształowymi kulkami. W przejmująco chłodne dni chciałabym sięgnąć do takiej misy, by obejrzeć i przeżyć znów własne kryształowe wspomnienia, nie popadając równocześnie w melancholię. Chciałabym mniej tęsknić do miejsc, w których zostawiłam część siebie.