Od poprzedniej notki czasu jakby nie przybyło. Tonę w zaległościach, puste miejsca po pozycjach, które z satysfakcją skreślam z listy rzeczy do zrobienia, szybko wypełniają się kolejnymi.
Od czasu do czasu lekko drżą mi dłonie. To skutek uboczny leków, nic groźnego, a jednak czuję się nieswojo, gdy kolejny raz rozlewam niesioną herbatę.
Mam dziwne poczucie, że pewnym sensie zataczam koło. Znów kiepsko sypiam, wracają wyczerpujące sny, dręczące fale pół-świadomych wspomnień. Wracają słabość i napady bólu, o których zdążyłam już zapomnieć. Przy łóżku kładę dodatkowy listek tabletek i „zestaw awaryjny”, do łask przywracam sprawdzone specyfiki – poduszkę elektryczną, melisę, ukochane fragmenty Grey’s Anatomy, prozę Murakamiego. Próbuję odgonić rozczarowanie samą sobą – po wielu tygodniach radości z poprawy nie rozumiem, skąd ten nagły krok w tył.
Dni robią się coraz gorętsze. Gdy burza ochładza powietrze, wychodzę na chwilę taras, czytam „Na północ od granicy, na zachód od słońca” i zachwycam się napotkanym fragmentem:
Długo wpatrywałem się w mokre od deszczu jezdnie. Raz jeszcze stałem się dwunastoletnim chłopcem, godzinami gapiącym się na deszcz. Jeśli wystarczająco długo patrzy się na deszcz i nie myśli o niczym, człowieka stopniowo ogarnia uczucie, że jego ciało się uwalnia, otrząsa z rzeczywistości świata. Deszcz ma hipnotyzującą moc.
Przypadkiem trafiam na „Niebo nad Paryżem” któregoś wieczora. Przypominam sobie swój zeszłoroczny zachwyt nad tym pełnym uroku filmem i Ph. szepczącego, że zabierze mnie kiedyś do Paryża.
Tak, brakuje mi tego naszego współdzielenia codzienności.
1 odpowiedź jak dotąd ↓
r-p // lipiec 15, 2009 @ 6:38 pm
Bardzo podoba mi się “współdzielenie codzienności”. A Paryż jak był, tak jest i pewnie czeka na Was oboje