Po powrocie zasypuje mnie ogrom spraw do załatwienia. Mam wrażenie, że jedna doba uciekła mi gdzieś w próżnię. Porządkuję tę kakofonię zadań za pomocą list rzeczy do zrobienia, notatek, dodatkowych wpisów w kalendarzu. Przypominam sobie o zegarku, rytmie godzin i minut. Powoli ogarniam chaos.
Rankami za oknem mleko, słońce wychodzi zza chmur dopiero, gdy docieram do pracy. Momentalnie porywa mnie wir obowiązków. Przez pierwsze dni próbuję pacyfikować bóle głowy i przeraźliwe ziewanie kawą, ale przy braku efektów po drugiej filiżance wywieszam białą flagę. Na szczęście jest jeszcze dobra energia zespołu, dzięki której szybko wracam na właściwe tory i kolejny raz przekonuję się, że z każdym tygodniem kocham tę pracę jeszcze bardziej. Wieczorem otwieram okno, by nacieszyć się majową burzą nad Poznaniem.
Spacerując między półkami w poszukiwaniu prezentu ślubnego dla M. i Ś., nie mogę nie wziąć do ręki tej książki Wojciecha Jagielskiego. Pragnę jej natychmiast, odkładam równie szybko – wszystko w swoim czasie. Po kilkunastu minutach jednak po nią wracam, choć obiecuję sobie, że zajrzę do niej dopiero, gdy dokończę porządkowanie własnych wrażeń z Ugandy.
Kupiłabym trochę czasu.
4 odpowiedzi jak dotąd ↓
r-p // maj 25, 2009 @ 8:36 am
Dziękuję za “meldunek”, bardzo się cieszę, że jestem/jesteś tu
eM. // maj 27, 2009 @ 9:22 pm
Teraz to zbłaźnię się publicznie, ale… ale przyznam się. Kiedy czytałam notkę przedwyjazdową to byłam pewna, że Uganda to taka przenośnia, metafora czy inny tego typu zabieg. A tu proszę… łoś ze mnie:)
Niemniej czekam na notkę wspomnieniową!
helenagoldon.blogspot.com // czerwiec 13, 2009 @ 9:23 pm
dokładnie to rozumiem
Wciąż spisuję Ugandę i do czasu postawienia ostatniej kropki nad i, nie zaglądam do Jagielskiego!
bere // lipiec 4, 2009 @ 3:42 pm
jeszcze miesiąc temu mogłabym Ci sprzedać trochę czasu. teraz – masakra. totalny niedoczas mam.