Brytyjka

Bezdech

kwiecień 22, 2009 · 1 komentarz

Ostatnie dwa tygodnie tak intensywne, jakby miały pomieścić miesiąc. Pyszne spotkanie z nieprzyzwoicie wprost opaloną make-up, która podstępem nakłania mnie do współ-spożycia różowego wina i przymyka oko proroka na moje zmęczenie. Wiosenne porządki, podczas których niczym trup z szafy wyskakuje wstępna lista gości weselnych sprzed kilku lat. Święta tłoczne, ze spięciami i niedoborem przestrzeni, ale też pod znakiem słońca i kwitnących hiacyntów. Ożywczy, kilkugodzinny spacer z D., która wpadła do Polski na kilka dni, jak haust świeżego powietrza. Radosne dni absolutnego zakochania w pracy przeplatane zawrotami głowy, a jakże. Dusza pełna satysfakcji, ciało wyczerpane, adaptujące się zbyt powoli do nowych warunków. Złamanie niepisanej umowy skutkuje sabotażem, gdy nagle błędnik przegrywa z siłą grawitacji, splot słoneczny zmienia się w betonowy węzeł gordyjski, a policzek zsuwa się po chłodnych drzwiach windy. Kilkadziesiąt głębokich wdechów i wydechów oraz pół litra wody później ustępuję, wracam do domu.

Ziołowa herbata, termofor, cisza, sen. I zapewnienia Ph., że wkrótce pojawi się rozwiązanie, na przekór kilometrom, walutom i rozsądkowi.

Kategorie: Osobiste
Otagowane:

1 odpowiedź jak dotąd ↓

  • skylar // kwiecień 22, 2009 @ 10:00 pm

    piękna jest ta notka. coś w niej jest takiego… magicznego.
    a rozwiązanie się pojawi, na pewno, i na przekór właśnie.

    ps. dawno nie czytalam o sobie w cudzym blogu. czuje sie wyrozniona :-D (wcale nie opalona)

Dodaj komentarz