Cztery spotkania z chirurgiem w ciągu ośmiu dni i zaczynam tracić cierpliwość. Robię dobrą minę do złej gry, czuję jednak, że te cięcia, zmiany opatrunków, końskie dawki leków, zawroty głowy, milczący telefon i kilkunastodniowa jednoręczność są ponad moje siły. Coraz bardziej złości mnie własna nieporadność. Pachnąca jak świeża bułeczka przesyłka ze Znaku i ciepły głos Ph. na szczęście pomagają przetrwać dzień.
Dla osłody wybieram się na weekendowe szkolenie w Trójmieście. Próbuję się spakować, lecz wbrew pozorom nie jest takie proste. Zazwyczaj nie mam z tym problemu, tym razem jednak wybór rzeczy ciepłych, nie wymagających przełożenia przez głowę, dających się założyć jedną ręką, do tego w miarę „konferencyjnych”, a jednocześnie takich, spod których nie będą malowniczo prześwitywały opatrunki, okazuje się być nie lada łamigłówką, którą ostatecznie udaje mi się rozwiązać. Do pociągu zabieram rozgrzewającą lekturę i nie zawaham się jej użyć.
Tymczasem dość już tego marudzenia, jutro jadę nad morze!